Jest zwiastun “Star Wars: Rogue One”. Kto w obsadzie?

Wracamy do historii pierwszej Gwiazdy Śmierci. Ale z przytupem. To dopiero teaster trailer, czyli zwiastun filmu nieukończonego, ale i tak budzi nadzieję na wspaniałe widowisko. Atmosfera zapowiedzi filmowej przytłacza mroczną atmosferą i byłoby wspaniale, gdyby cały film był taki, bez głupkowatych motywów a la Jar Jar Binks.

„Star Wars: Rogue One”, czyli w wolnym tłumaczeniu „Gwiezdne Wojny: Łotr jeden” będzie spin-offem serii, czyli wątkiem pobocznym, który zaprowadzi nas do czasów jeszcze przed pierwszym filmem z 1977 roku, to znaczy „Nową nadzieją”. Dodajmy, że czwartym epizodem całej serii.

„Rogue One” skupia się na historii zdobycia planów budowy pierwszej Gwiazdy Śmierci. Tytuł nie jest przypadkowy i nawiązuje do słynnej Eskadry Łotrów. W jej szeregach znajdował się Luke Skylwaker, który zniszczył stację podczas ataku Imperium na rebeliancką kwaterę główną znajdującą się na planecie Yavinie IV. Była to słynna Bitwa o Yavin. „Rogue One” opowiada o wydarzeniach, które doprowadziły do tej bitwy.

Film trafi do kin w grudniu, natomiast bardzo ciekawie wygląda obsada nowego epizodu. Niektórych aktorów można wypatrzyć w zwiastunie, o innych dowiedzieć się z informacji prasowych, ale wygląda na to, że tym razem Disney zatrudnił samych najlepszych…

“Rogue One”. Plan zdjęciowy Elstree Studios. Foto: James Jenkins/ Splash News

Jednym z nich jest znakomity Forest Whitaker. Amerykański aktor stworzył wiele genialnych ról, które do dziś sprawiają, że widzom ciarki przebiegają po plecach. Przypomnijmy choćby „Ostatniego króla Szkocji” z 2006 roku, w którym Whitaker genialnie zagrał psychopatycznego Idi Amina, mordercę i maniaka, a przy tym prezydenta Ugandy. Inny wspaniały obraz to „Ghost Dog: Droga samuraja”. W filmie wyreżyserowanym przez Jima Jarmuscha, czarnoskóry aktor wcielił się w zawodowego mordercę, ale również wyznawcę kodeksu samurajów. Ta sprzeczność wibruje w każdej scenie filmowego widowiska.

Jeśli obejrzycie zwiastun jeszcze raz, dojrzycie też samego Donnie Yena, o którym ostatnio głośno głownie ze względu na przebojową trylogię pt. „Yip Man” – historię życia mistrza stylu wushu Wing Chun i nauczyciela Bruce Lee. Co prawda fabuła filmu nijak ma się do rzeczywistości a chińska propaganda aż bije po oczach, ale sceny walk były znakomite, a sam Donnie Yen jak zwykle najlepszy.

“Rogue One”. Forest Whitaker. Foto: Lucasfilm LFL

Kogo zobaczymy jeszcze? Oczywiście główną bohaterkę, filmową Hyn Erso, którą zagra Felicyty Jones. Aktorkę można było zobaczyć ostatnio w „Teorii wszystkiego”. Jones zagrała nieustraszoną żonę, w opartej na faktach historii życia Stephena Hawkinga. I to zagrała znakomicie.

Gość w białym wdzianku, który przez moment pojawia się w kadrze i na pewno napsuje krwi rebeliantom, to Ben Mendelsohn I, australijski aktor, który zagrał w niezliczonych filmach, choćby „Zabić, jak to łatwo powiedzieć”, „Anatomia strachu” lub „Elicie zabójców”, ale miał też epizody, które dają mu przepustkę do gry w widowisku s-f. Mówa o obrazie „Mroczny Rycerz powstaje”, w którym Mendelsohn wcielił się w Rolanda Daggetta.

rogue_one_06

“Rogue One”. Ben Mendelsohn I. Foto: Lucasfilm LFL

Trzeba wspomnieć o jeszcze jednym aktorze. Mads Mikkelsen też trafił do nowych „Gwiezdnych Wojen” jako Galen, ale dla mnie zawsze pozostanie facetem z krwawą łzą w oku, czyli Le Chieffre, głównyn przeciwnikiem Bonda w „Casino Royale”. Przypomnijmy, że był to też pierwszy film, w którym zagrał Daniel Craig. Być może pamiętacie też Mikkelsena ze „Starcia Tytanów”, gdzie pojawił się jako Draco lub nietypowym i brutalnym obrazie pt. „Walhalla: Mroczny wojownik”. Aktor zagrał w nim Jednookiego.

Na koniec dwa słowa o Diego Lunie. Meksykański aktor gra aktualnie w serialu TV pod tytułem… „Casanova”. Dodajmy, że wcielił się w rolę słynnego uwodziciela. Miejmy nadzieję, że osobowość Giacomo Casanovy nie objawi się u Diego Luny w „Gwiezdnych Wojnach”. Uczciwie trzeba jednak dodać, że Luna miął też swój wątek w „Elizjum” jako Julio, a więc jakieś związki z s-f również ma.

rogue_one_07

Gareth Edwards. Foto: deadline.com

Gdyby sami aktorzy mieli decydować o sukcesie filmu, „Star Wars: Rogue One” już wygrałby wszystko. Ale to oczywiście za mało. Reżyserem najnowszego epizodu został Gareth Edwards, który wysmarował „Godzille” z 2014 roku, ale też zrobił niezłą „Strefę X”. Zobaczymy jak teraz sobie poradzi. Na razie jesteśmy dobre nadziej. Nowej nadziej…

Może Ci się spodobać...