Smartfonowe życie po życiu – czas na rynkowy “recykling” smartfonów

Często mówi się, że klienci szukają sprawdzonych rozwiązań, które przypomną im dobre wspomnienia z wcześniejszych lat. I o ile taka reguła sprawdza się w przypadku lekarzy, jedzenia, wycieczek czy książek, tak w przypadku smartfonów sytuacja powinna wyglądać zupełnie odwrotnie. W końcu stare, ale dobre, powinno zostać zastępowane dobrym, ale w pełni nowym. Tymczasem najnowszy trend wśród producentów tych sprzętów jest jasny – sprzedajmy dobre, ale tylko odrobinę lepsze, i skasujmy za to naprawdę niemałe pieniądze.

W ostatnich miesiącach mamy do czynienia ze wzmożonym – mówiąc kolokwialnie – “recyklingiem” smartfonów, który z punktu widzenia każdego miłośnika tych urządzeń niekoniecznie musi się podobać. Obserwujemy bowiem przedziwną sytuację, która nie ma miejsca na aż taką skalę w praktycznie żadnej innej branży, także technologicznej. Otóż zamiast wypuścić na rynek zupełnie nowe sprzęty, z wymienionymi komponentami i oferujące nieporównywalnie większe możliwości, producenci decydują się na wariant minimalistyczny. Wystarczy bowiem podrasować jeden czy dwa elementy składowe sprzętu, dopisać do nazwy rok, w którym sprzęt został wydany i voila – gotowe, mamy nowego smartfona. A w praktyce? Cóż, wygląda to naprawdę różnie.

 

fot. Huawei

 

Jednym z przykładów jest chociażby bardzo popularny Huawei P9 Lite z numerkiem 2017, czyli następca wydanego rok wcześniej Huawei P9 Lite. Jakie zmiany możemy zaobserwować względem edycji zaprezentowanej rok wcześniej? To odrobinę szybszy procesor – Kirina 650 zastąpił szybszy o 0,1 GHz Kirin 655 – oraz dodatkowy gigabajt RAM-u. Poza tym nie zmieniło się absolutnie nic, co uzasadniałoby wymianę ledwie kilkunastomiesięcznego sprzętu na nowy model, bo trudno uznać za to minimalnie szybszy SoC i odrobinę większy zapas pamięci RAM. A jednak – Huawei pomyślało, że w sumie czemu nie spróbować zarobić drugi raz na praktycznie tym samym, oferując iluzję nowego sprzętu.

Taką samą sytuację możemy zaobserwować w przypadku innej całkiem popularnej serii smartfonów ze średniej półki – mowa o Samsungach Galaxy z linii A. Na rynek w tym roku trafiły dwa nowe sprzęty z tej podserii, które doczekały się małego liftingu. I tak oto Galaxy A3 (2017) przynosi względem poprzedniej edycji z 2016 roku ledwie kosmetyczne zmiany. To procesor Exynos 7 Octa 7870 szybszy o zaledwie 0,1 GHz oraz pół gigabajta RAM-u więcej. Oczywiście można także wspomnieć o szkiełku Corning Gorilla Glass na froncie, ale umówmy się – to naprawdę są szczegóły.

 

fot. Samsung

 

Podobnie sytuacja prezentuje się także w przypadku nieco bardziej wydajnego modelu Galaxy A5 – tutaj jednak zmieniło się nieco więcej niż w przypadku modelu A3. Tegoroczna generacja A5 posiada szybszy o 0,3 GHz procesor z bardziej wydajnym układem graficznym, dodatkowy 1 GB RAM, 16 GB dodatkowego miejsca na dane i znacznie lepszy aparat do selfie, którego rozdzielczość skoczyła z 5 do 16 megapikseli. Czy jednak takie zmiany nadal uzasadniają konieczność wydania aż 1600 złotych na nową generację sprzętu wydanego zaledwie przed rokiem? Odpowiedzcie sobie sami.

Oczywiście tego typu praktyki raczej nie wpływają na zwiększenie zaufania do producentów – ileż mamy narzekań jeśli chodzi o kolejne generacje flagowców największych producentów. Często mówimy o tym, że pomiędzy kolejnymi Galaxy S, Huawei P czy Xperiami zmienia się naprawdę niewiele, ale co można powiedzieć w przypadku wyżej wymienionych modeli?

 

fot. Samsung

 

Nie da się jednak ukryć, że zdecydowanie najbardziej naganną praktyką (i miejmy nadzieje, że jednostkową) jest ponowne wypuszczenie na rynek jednego z największych niewypałów, a zarazem wpadek ostatnich lat – mowa o Galaxy Note 7 od Samsunga. Ten długo oczekiwany phablet został wycofany z rynku wskutek kompromitujących producenta problemów z wybuchającymi bateriami. Przez długi czas firma wzbraniała się przed ostatecznym uznaniem porażki, ale kolejne przypadki samozapłonu tych sprzętów powiązane chociażby z zakazem wnoszenia tego modelu na pokłady samolotów zmusiły ich właśnie do takiego kroku.

Po kilku miesiącach kurz po całym zamieszaniu opadł, sprawa ucichła, a Samsung postanowił wprowadzić ten model do sprzedaży po raz drugi, rzecz jasna starając się wyeliminować problemy z wadliwym ogniwem. Oczywiście rozumiem motywacje koreańskiego producenta, który chce zarobić, niemniej jednak z marketingowego punktu widzenia ruch ten wygląda naprawdę słabo. Ja osobiście nie byłbym w stanie zaufać Samsungowi po tak solidnej wpadce, ale koreańczycy (bo sprzęt na razie trafił właśnie do Korei Południowej) zapewne wykażą się technologicznym patriotyzmem.

Czas pokaże, czy tego typu praktyki już wkrótce nie spotkają się dużą dezaprobatą ze strony użytkowników smartfonów. Na razie każdy nowy sprzęt witany jest z otwartymi rękoma, a kolejne edycje popularnych średniaków cieszą się całkiem sporym zainteresowaniem. Jak jednak mówi stare powiedzenie – łaska pańska na pstrym koniu jeździ, a wielu klientów zaczyna powoli zwracać uwagę na to, że koncerny technologiczne coraz częściej idą na łatwiznę, oferując powolny, możliwie najmniejszy postęp w celu zmaksymalizowania kosztów. Oby ta sytuacja zmieniła się jak najszybciej.

Podziel się...Share on Facebook14Share on Google+0Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn0

Może Ci się spodobać...

  • Solo

    Eee. Po pierwsze nie kupuje się telefonu co pól roku, a co około 2 lata. Więc Ci co kupili p9 lite pewnie zmienią na p10 lite 2018.
    Po drugie procesor to nie tylko traktowanie procesora.
    Po 3 A5 2017 to zupełnie inny telefon do tego wodoszczelny.