Twoja stara zbiera Metal Tazo. Historia pewnej szajby

Tamagouchi to było coś ale „elektroniczne zwierzątka zdychały a Tazo są wieczne” – stwierdził pewien mój znajomy, ojciec i głowa pokaźnej liczebnie rodziny. Do dziś namiętny kolekcjoner plastikowych żetonów z kolorowymi rysunkami.

Jak to się zaczęło

Światowy szał na Tazos rozpoczął się w 1994 roku, kiedy pojawiła się pierwsza seria stu żetonów zawierających postacie z kreskówek Looney Tunes. W tym samym roku na fali błyskawicznie rosnącej popularności kolorowych kółek z plastiku powstało kilka nowych serii, m.in. Pocahontas. Potem było już tylko więcej i więcej Tazo. Martwica mózgu gwarantowana. Tazo trafiły do 48 krajów świata.

tazo_tlo

Szał Tazo. Foto: fikdikblog.com

Generalnie wszystkie miały kształt monety ale bywały również ośmiokątne natomiast materiałem, z którego je produkowano, był najczęściej plastik, ale znane są krążki teksturowe a nawet aluminiowe, na przykład australijska seria Yu-Gi-Oh! Metallix.

Biało-czerwone krążki

W Polsce Tazo wystartowały w 2000 roku, w którym firma Pepsico Inc. rozpoczęła kampanię reklamową produktów FritoLay. Bohaterami pierwszej serii były Pokemony. Akcji promocyjnej towarzyszyła potężna reklama TV. Zresztą nie tylko. Wyprodukowano tony plakatów, pudełek na żetony, szkolnych zeszytów i zakładek. Do tego piórniki, naklejki, czapki, rękawiczki, a pewnie nawet kalosze, chociaż tego akurat nie jestem pewien.

pokemon_advanced_1

Pokemon Advanced. Foto: collections.pl, Ash Kethum

Słynne Pokemony drukowano w kolejnych seriach aż do czternastej z 2009 roku. To wówczas Benedykt XVI podpisał dekret o uznaniu heroiczności cnót Jana Pawła II, ale to betka w porównaniu do nieszczęścia, jakim był zmierzch Pokemonów… No ale przecież nie Tazo!

Kochaj ale nie dotykaj

Wracając jeszcze do początków tego fenomenu, niektórzy wielbiciele Tazo pewnie pamiętają, ze pierwsze krążki łatwo się ścierały. Wytarte krążki szpeciły kolekcję, dlatego nowiutkie krążki należało podziwiać, ale nie dotykać. W Polsce, poza Pokemonami, wydano także serię ze zwierzętami, flagami i postaciami serialu animowanego „Herkules”.

Inne cykle to choćby żetony z postaciami filmu „Space Jam”, Tazos z obrazkami z horrorów i bohaterów serialu „Beyblade”. Niektóre serie były wspólne dla wielu krajów inne nie, choćby bohaterowie kreskówki „Tom & Jerry”, którzy pojawili się wyłącznie w Niemczech.

Coś dla znawców

Pokemony, Czarodziejka z Księżyca i misie Koala to były oczywiście fajni bohaterzy, ale poważni kolekcjonerzy mieli swoją własną, profesjonalną serię. Historia „Gwiezdnych Wojen” w Tazos rozpoczęła się w późnych latach 90., kiedy firma Frito Lay wypuściła specjalną edycję krążków z okazji premiery kinowej edycji specjalnej trylogii „Gwiezdnych Wojen”.

gwiezdne_wojny_tazo

Gwiezdne Wojny Tazos. Foto: od-deski-do-deski.blogspot.com

Smakosze, którzy wyjadali galaretki z Delicji Szampańskich oraz wielbiciele chipsów Lay’s, Ruffles i Cheetos, mogli znaleźć w paczkach egzemplarze tych krążków. Po jednym na opakowanie. Trzeba było zjeść kilkanaście kilogramów chrupków, żeby zebrać jako taką kolekcję.

Niszczyciel Imperium z Tazo?

Cała kolekcja zawierała 50 żetonów podzielonych na cztery kategorie, po trzynaście z „Nowej nadziej”, „Imperium kontratakuje” i „Powrotu Jedi” oraz jedenaście specjalnych. Każdy krążek to 4 centymetry średnicy i zaledwie 1 mm grubości oraz 8 niewielkich zagłębień rozłożonych na obwodzie. Dzięki nim można było łączyć Tazosy w całe armie. Podobno istniała seria „Star Wars” umożliwiająca budowę statków kosmicznych. Niszczyciel Imperium z Tazo? Nikt go nie widział, ale jako miejska legenda brzmi fajnie.

To nie wszystko, bo przecież liczył się jeszcze superaśny obrazek, czyli kadr z filmu, numer w kolekcji i ilość punktów, która zależało od częstotliwości występowania określonego Tazo. Do kompletu należał także album, który należało kupić w sklepie i kosztował naówczas 8 złotych. W albumie, w którym zamieszczono nieco obszerniejsze opisy do poszczególnych krążków, można było umieścić każdy egzemplarz w specjalnej przegrodzie.

Gramy w Tazo

Co się rozbiło z ukochanymi krążkami poza przesypywaniem z ręki do ręki i napawaniem oczu bogactwem? Oczywiście grało w Tazo! Zasady były dziecinnie proste i nie mogły być inne. Każdy gracz stawiał słupek złożony z krążków. Następnie należało rzucić jednym ze swoich Tazosów, tzw. zapperem, w wieżyczkę przeciwnika. Tazo, które spadły i wylądowały odwrócone, wygrywał zawodnik rzucający.

gramy_w_Tazo_01

Gra w Tazo. Foto: www.vice.com

Oczywiście wpierw należało ustalić kolejność rzutów oraz zasady, to znaczy czy gramy na serio, bez przebaczenia i tracimy Tazo na rzecz wygrywającego starcie, czy wybieramy wariant dla mięczaków. Utrata cennego Tazo to było prawdziwie bolesne przeżycie i pierwszy krok w mroczny świat dorosłości, która jak wiadomo obfituje w nieprzyjemne doświadczenia.

Było, nie minęło?

Koniec końców wszyscy jakoś z Tazo wyrośli chociaż zapewne w niejednej szufladzie wciąż kryją się kolorowe krążki z podobiznami Hana Solo, Sailor Moon lub przynajmniej Króla Lwa. Czy dzieciaki jeszcze w to grają? Nie wiem, bo od lat nie widziałem żadnego na pobliskim podwórku. Prawdopodobnie gnuśnieją w domach z nosami przyciśniętymi do ekranów smartfonów, tabletów i monitorów komputerowych. Choćby teraz.

Nie mówię wcale, że to źle. Zapewne za kilkanaście lat to oni będą opowiadać młodszemu pokoleniu jak to aktywnie spędzali czas na graniu. A ich słuchacze może nawet poruszą z radości powieką i leniwą myślą zwiększą dawkę mieszanki odżywczo-energetycznej…

Podziel się...Share on Facebook
Facebook
0Tweet about this on Twitter
Twitter
Share on LinkedIn
Linkedin

Może Ci się spodobać...